All posts by Tomek Jurek

Z małym człowiekiem trudna rozmowa o umieraniu

Chyba większość z nas dorosłych stara się o tym nie myśleć. Dla jednych to bolesne wspomnienia bliskich, dla drugich zwyczajnie strach przed tym co to będzie, jak już się postanowimy katapultować. Sam raczej się nad tym wolę nie zastanawiać. Pewnie jak wiele osób żyję raczej z dnia na dzień i staram się korzystać z tego co mi życie przyniesie. Cieszę się każdą chwilą spędzoną z rodziną, z córą.

Jakiś czas temu to właśnie mój mały człowiek przypomniał mi dobitnie, że życie to stan mocno przejściowy, a dzisiaj odświeżył to wspomnienie jeden z ojców na facebookowej grupie. Który zastanawiał się jak powiedzieć swoim maluchom, że ich babcia, jego mama, właśnie odeszła. Paweł, jeśli to czytasz, przyjmij wyrazy współczucia. Bądź silny i powiedz swoim dzieciom prawdę. Zrozumieją i zrobią wszystko, żeby wesprzeć Cię w trudnej sytuacji. Jestem tego pewien.

Moja córa ma jedną babcię. Odkąd była malutka jeździliśmy z nią odwiedzać drugą babcię na cmentarzu i raczej bez ściemniania staraliśmy się jej mówić prawdę na temat tych wypraw, ewentualnie delikatnie owiniętą w aniołki. Te krótkie spacery musiały jej się mocno w głowie zakorzenić, bo któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie, zaczęła rozmowę na ten temat, która dla mnie okazała się nie lada wyzwaniem.

Tatusiu, a czy jeśli umrzesz, to już na zawsze?

Tak się złożyło, że byliśmy sami, ja i ona, w trakcie wieczornej toalety. Mama miała jakieś wyjście służbowe, czy coś. Bawiąc się w wannie (wtedy koło 4l) jak gdyby nigdy nic mój ciekawski mały człowiek zaczął zadawać trudne pytania. Czy ona będzie zawsze, czy ja będę, czy jeśli umrę, to na zawsze, a czy jak ona umrze, to zamieni się w kamień (bo grób z kamienia), ona nie chce być sama i że mama i tata muszą być zawsze przy niej. Dużo trudnych pytań a na koniec podkówka i płacz. Tak jakby tego wieczoru siedząc w wannie właśnie zdała sobie sprawę, że życie nie jest wieczne.

Nie unikam rozmów z dzieckiem, choćby nie wiem jak trudne były jej pytania odpowiadam, mówię prawdę starając się przy tym, żeby moje słowa było możliwie najbardziej zrozumiale. Nie wymyślam bajek, raczej podaję przykłady. Ale tego wieczoru poczułem jak mnie ściska w gardle, zamarłem. Musiałem się szybko otrząsnąć, bo oto przede mną mały płaczący golas trząsł się z zimna w wannie. Szybko się ogarnęliśmy, przytuliłem człowieka i zaczęliśmy usypianie.

W jakimś przebłysku zacząłem jej opowiadać, że każdy kiedyś odejdzie, ale akurat ona jest jeszcze malutka i że powinna się skupić na życiu, bo jeszcze wiele lat go ma przed sobą i oby jak najdłużej z rodzicami i że powinna teraz się skupiać na szukaniu takich rzeczy, które sprawiają jej przyjemność i szukaniu swoich pasji, żeby wiedzieć co w życiu robić. Na koniec usłyszałem “tatusiu ja wiem co chce robić, ja chcę śpiewać” i zasnęła.

Poryczałem się jak dzieciak. Następne kilka dni spędziłem na szukaniu lekcji śpiewu dla dzieci. Obiecałem sobie wtedy, że w końcu zacznę o siebie dbać, zgubię brzuch, popracuję nad kondycją, zmienię złe przyzwyczajenia, żeby nie zostawić mojego malucha samego zbyt wcześnie.

Śmierć to ciężki temat, dla mnie chyba równie ciężki co dla dziecka. Gdybym miał komuś poradzić na własnym przykładzie, to powiedziałbym, żeby małemu człowiekowi zawsze mówić prawdę i zawsze odpowiadać nawet na najtrudniejsze pytania. Te rozmowy czasem podążają w zupełnie niespodziewanych kierunkach, dlatgeo warto.

Tak w ogóle, dobrze się składa, że ta sytuacja wraca na początku roku, kiedy wiele się znowu zmienia i jest czas na nowe postanowienia. Warto pamiętać po co tu jestem.

#dlamojegoskarba

Advertisements

Skarb jedzie do Ameryki – obalamy mity o wizie do USA

Kilka tygodni temu nasza przyjaciółka Ania, która robi badania w ramach programu PostDoc na uczelni w Baltimore i od dawna zapraszała nas do siebie w odwiedziny, podesłała nam link do bardzo tanich biletów do Nowego Jorku. Trafiały się wcześniej promocje, gdzie bilet kosztował 1600, czy nawet 1300zł… ale 800zł za osobę w obie strony przez Londyn, British Airways i Virgin Atlantic? WOW! Tak się złożyło, że akurat byłem po wypłacie i miałem parę groszy na koncie. Postanowiłem zaryzykować i kupić bilety dla całej naszej trójki, bez wiz. Mimo braku pewności, że w ogóle będziemy mogli pojechać, kupiłem bilety płacąc mniej, niż za podróż w jedną stronę do L.A. w 99 roku (wtedy chyba 2000$ po różnych zniżkach studenckich itp.). Takiej okazji nie mogłem przepuścić.

US_Flag_Backlit

Jedna z pierwszych informacji widocznych na stronie ambasady mówi, żeby absolutnie nie podejmować żadnych nieodwracalnych decyzji związanych z podróżą do USA, takich jak zakup biletów właśnie, przed otrzymaniem wizy, a my nawet jeszcze nie zapłaciliśmy opłaty wizowej. Cóż, ryzyk fizyk. Szczerze mówiąc trochę się bałem, że mój wniosek zostanie odrzucony. Moją ostatnią wizę trochę przesiedziałem. Byłem w USA na studenckiej wizie J1 w 1999 roku i przed wyjazdem musiałem zdać egzamin GED, to taka eksternistyczna matura, dzięki której mogłem potem w Polsce iść na studia. Termin egzaminu był ustalony na kilka dni po wygaśnięciu mojej wizy, a potem jeszcze musiałem spotkać się z konsulem RP w L.A. W sumie to były może ze dwa tygodnie, ale zawsze dla urzędnika mógłby to być powód odrzucenia mojego wniosku.

Czytając w necie informacje o tym jakie ludzie mają problemy i ilu zasad trzeba bezwzględnie przestrzegać wymyślałem sobie jeszcze milion innych powodów, dla których mogę wizy nie dostać i wiecie co? Większość z tych informacji to bzdura. Siedząc w poczekalni przed rozmową z wicekonsulem (którą wyobrażałem sobie zupełnie inaczej, niż 3 minutową pogawędkę przez pancerne okienko), widziałem ludzi, którzy czekali tak jak my. Nie dziwi mnie to, że więcej niż 1 na 10 wniosków jest odrzucanych, a Polacy nadal nie mają szans na ruch bezwizowy do USA. Paniusia, która patrząc na wielką strzałkę “WIZY W PRAWO” (tak, po polsku), skręca w lewo i gubi się w podziemiach ambasady, czy gość, który słyszy informacje “okienka 2 do 4” idzie do szóstego… nawet nie chcę wiedzieć jakie pokrętne odpowiedzi wymyślają na pytanie, czy mają swoje mieszkanie, do kogo jadą, albo czym się zajmują.

Ogólnie w całym procesie wizowym chodzi o jedną tylko rzecz. Urzędnicy chcą się dowiedzieć, czy istnieje prawdopodobieństwo, że jedziesz do Stanów w celach zarobkowych i masz zamiar zniknąć wśród 300 milionów ludzi zaraz po wylądowaniu na Czikago Ołher, no i czy nie jesteś terrorystą. Jeśli masz w Polsce pracę, rodzinę, dom, wizę dostaniesz prawie na bank. Tylko nie ściemniaj, bo wszystko da się sprawdzić. Poza tym jeśli ktoś wygląda na typowego robotnika lub hodowcę trzody chlewnej i twierdzi, że jedzie do Hameryki zwiedzać Kapitol, to raczej ma przerypane. Niestety obawiam się, ze ocena konsula może być subiektywna i nikt mu nic nie zrobi jeśli tak będzie.

Ale po kolei. Jak wygląda proces wizowy (do uzyskania wizy turystycznej albo biznesowej, czyli nieimigracyjnej):

1. Zakładasz konto na stronie http://www.ustraveldocs.com podając swój adres e-mail.

2. Robisz sobie fotkę zgodną ze wskazaniami na stronach ambasady (55mm x 55mm en face, czyli z twarzą na wprost), najlepiej postaraj się od razu o wersję elektroniczną, drukowana pewnie nie będzie Ci w ogóle potrzebna. Tak na prawdę trzymając się tych wskazań można sobie zrobić fotkę samemu na tle białej ściany, tylko trzeba zadbać o odpowiednie światło pod kątem, żeby nie było widać cienia na ścianie. Nie uśmiechaj się.

3. Wypełniasz formularz DS-160, w którym jest cała masa różnych pytań o dane Twoje, rodziców, osoby do której jedziesz, albo kogoś kogo tam znasz (nie jest wymagane), Twojej pracy w Polsce, wykształcenia. We wniosku musisz też odpowiedzieć na kilkanaście pytań, które mogą się wydawać zabawne, np. czy jesteś członkiem jakiejkolwiek organizacji przestępczej, albo terrorystą, czy kiedyś porwałeś i przetrzymywałeś jakiegoś obywatela USA wbrew jego woli. Cóż, widocznie ma to jakiś sens, którego nie będę się doszukiwał.

4. Na końcu wniosku załączasz zdjęcie. Jest tam bardzo fajne narzędzie, które pozwala odpowiednio przyciąć fotografię. Ma na środku dwa kółka (jedno wpisane w drugie), w których musisz zmieścić całą głowę i twarz i odpowiednio powiększyć lub zmniejszyć fotkę.

5. Potem podpis. Jeśli wypełniasz wniosek osobiście zaznaczasz, że tak. Jeśli ktoś Ci pomaga, jest tam miejsce, żeby wpisać dane osoby, która udzieliła pomocy. Podpis polega na podaniu danych i potwierdzeniu, że Ty to Ty przyciśnięciem przycisku.

6. Wydrukuj sobie potwierdzenie złożenia wniosku – bez tego nie masz co iść do ambasady (podobno). Dla bezpieczeństwa prześlij go sobie mailem, jest tam taka możliwość. Możesz też wydrukować wszystkie swoje odpowiedzi na pytania. Co ważne, potem już nie ma do nich wglądu, więc żeby się nie denerwować i nie zastanawiać “co ja tam wpisałem”, po prostu go sobie druknij.

7. Opłata wizowa. W tej chwili jest to nieco ponad 500zł i można jej dokonać bezpośrednio po zakończeniu wypełniania formularza d-160. Wbrew informacjom na stronach ambasady, ja nie mogłem opłacić wizy bezpośrednim przelewem internetowym ani kartą. Obydwie te możliwości były nieaktywne. Dostałem numer, który musiałem wpisać w tytule przelewu, który potem wysłałem ze strony swojego banku. Sumę za trzy wizy (moją, żony i córki) wpłaciłem jednym przelewem internetowym (mBank). Potem na stronie ustraveldocs.com mogłem sprawdzić czy płatność już doszła (pamiętając numer wpisany w tytule przelewu) i zarezerwować termin wizyty w ambasadzie. Teoretycznie może to trwać do dwóch dni roboczych.

8. W moim przypadku przelew pojawił się w systemie i ustalenie terminu wizyty w ambasadzie było możliwe już następnego dnia. Na wizytę mogliśmy się umówić rodzinnie. Małych dzieci, dla których staramy się o wizę w ogóle nie trzeba zabierać ze sobą (chyba do 14 roku życia, ale sprawdź czy na pewno). Termin wizyty wybrałem dokładnie na 7 dni później (jeden z pierwszych dostępnych). Do wyboru jest kilka dat. W szczycie sezonu wizowego (przed wakacjami) może to wyglądać nieco inaczej. Wybraliśmy godzinę 8.00 rano, co okazało się trafnym wyborem. Już chwilę później poczekalnia wypełnia się ludźmi, a numerki schodzą co raz wolniej. Sugeruję wybierać wczesne godziny poranne.

9. Na dokumentach, które otrzymasz po wypełnieniu formularza d-160 (potwierdzenie złożenia wniosku wizowego i potwierdzenie umówienia wizyty, które dostaniesz mailem) jest napisane, żeby nie przychodzić wcześniej, bo Cię nie wpuszczą i będziesz stać w kolejce przed ambasadą. Godzina wizyty wybrana w systemie rezerwacyjnym i wpisana na dokumentach to moment, w którym powinieneś się pojawić pod furtką. W rzeczywistości jest nieco inaczej. Przy nas wszedł do ambasady starszy pan, który miał tam być na 9. i wyszedł z załatwioną sprawą wcześniej niż my, więc to nie do końca jest prawda. Być może te zasady są bardziej surowo egzekwowane kiedy jest więcej chętnych. O 8.00 rano stanęliśmy pod ambasadą tylko my i 5 czy 6 innych osób.

10. Wizyta. Weź dokumenty (paszport, wniosek, twój i dziecka jeśli starasz się o wizę dla rodziny). Nie bierz plecaka, ani damskiej torebki (!) bo nie wejdziesz z nią do ambasady i nie ma ale, pan ochroniarz telefon przechowa, ale torebki już nie. Na przeciwko ambasady jest firma, która oferuje przechowanie rzeczy i trzeba za to (podobno) zapłacić dychę. Pamiętaj, że w pobliżu ambasady jest słabo z parkowaniem. My oczywiście za późno wyszliśmy z domu i wjechaliśmy w korek na pięknej co spowodowało, że musieliśmy zaparkować auto pod Trasą Łazienkowską. Ostatnie 1,5 kilometra pokonaliśmy sprintem, pod górkę 🙂 Telefon trzeba oddać ochroniarzowi przy wejściu w zamian za numerek. Potem skanowanie Heimannem jak na lotnisku, zdejmowanie biżuterii, wyjmowanie rzeczy z kieszeni i jesteś na terenie ambasady. Po kolei musisz podejść do stanowiska, gdzie pracownicy ambasady wstępnie skanują i układają Twoje dokumenty. Okazało się, że kod na wniosku Pauliny nie chciał się zeskanować, więc bardzo miła pani zaprowadziła nas do osoby, która poklikała chwilę w kompie i ogarnęła temat przydzielając jej nowy kod. Potem idziesz na dół, podchodzisz do okienka (my podeszliśmy razem, bo na wizytę umawialiśmy się rodzinnie), skanują Twoje odciski palców i dostajesz numerek do następnego okienka.

11. Rozmowa z wicekonsulem. Kilkanaście do kilkudziesięciu minut później podchodzisz do ostatniego okienka, w którym zostanie Ci zadane kilka pytań. Cel podróży. Czym się zajmujesz. W jakich krajach byłeś/aś wcześniej. Czy jesteś właścicielem/właścicielką domu w którym mieszkasz. Po tej krótkiej spowiedzi (5 może 10 minut) od razu dostaliśmy informację, że każde z nas otrzymuje wizę na 10 lat.

12. Odbiór wizy. I tutaj ciekawostka. Wypełniając wniosek zaznaczyłem, ze chcę odebrać nasze wizy w bazie TNT na Annopolu. mieszkamy niedaleko, więc to dla nas idealne rozwiązanie. Dopiero w ambasadzie dowiedzieliśmy się, że dzięki temu nasze wizy będą do odbioru już następnego dnia po 14.00! Czyli w sumie cały proces trwał w naszym przypadku 8 dni. W czwartek złożyłem wniosek d-160 i dokonałem opłaty z konta internetowego, w piątek umówiłem się na spotkanie na kolejny czwartek a dzień później wiza była gotowa.

IMG_0840

I to wszystko. Zero problemu. Cały proces jest bardzo prosty. Jeśli nie jesteś Heńkiem z lasu, albo totalnym nieogarem, nie wymyślasz cudów na rozmowie, moim zdaniem nie da się tej wizy nie dostać. Pewnie istnieje taka możliwość, że wicekonsul podejmuje decyzję o przyjęciu Twojego wniosku w ciągu pierwszych 5 sekund spotkania w oparciu o to jak wyglądasz i jak mówisz dzień dobry, więc warto zadbać o pierwsze wrażenie.

Tak czy inaczej, na Wielkanoc lecimy do Hameryki. Minęło 15 lat odkąd tam byłem, no i tym razem jedziemy na wschodnie wybrzeże. Pewnie przynajmniej częściowo będziemy podróżować w mój ulubiony sposób, czyli wynajmiemy sobie autko i pozwiedzamy z poziomu gruntu. Jeśli ktoś ma jakieś sugestie odnośnie tego co powinniśmy zobaczyć, jak podróżować, gdzie jeść, gdzie spać (NY, Baltimore, Miami, może Nowy Orlean może LA na chwilę, zobaczymy) proszę o info, na pewno się przyda.

Kilka słów o służbie zdrowia.

Uwaga suchar: w Polsce są trzy rodzaje białej śmierci: cukier, kokaina i służba zdrowia.

Tej ostatniej staram się unikać jak ognia, ale niestety, wiadomo, że nie zawsze jest to możliwe. Przez kilka lat dzięki prywatnym ubezpieczeniom jakie zapewniali nam kolejni pracodawcy mojej żony (Ty pacz, ten to się umie ustawić) mogłem sobie pozwolić na korzystanie z prywatnej opieki zdrowotnej, początkowo na bardzo wysokim poziomie, dzięki ubezpieczeniu firmy Cigna, potem już nieco mniej komfortowo poprzez Medicover czy Luxmed, w którym sam mam ubezpieczenie wykupione przez mojego pracodawcę. Daje mi to ciekawy ogląd sytuacji. Większość z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, że taki Medicover ma kilka poziomów usług i może Ci się wydawać, że abonament, który opłaca Ci pracodawca daje Ci możliwość korzystania z usług medycznych na najwyższym poziomie. Odpowiedz sobie zatem na jedno pytanie: czy ostatnio jak byłeś/byłaś w przychodni recepcjonistka otworzyła przed Tobą drzwi z uśmiechem oferując Ci kawę i bezpłatną serię bardzo drogich badań? Nie, a to pewnie dlatego, że Twój niebieski abonament za kilka stów miesięcznie nie daje Ci dostępu do piętra VIP w Damianie za który trzeba zapłacić już grubo ponad tysia i nie każdy może mieć do niego dostęp.

Tak, tęsknię za Cigną. To było niezwykle kojące uczucie, kiedy wiedzieliśmy, że np. po wywrotce na skuterze Paulina mogła spędzić noc i przejść wszelkie niezbędne badania pod obserwacją lekarzy w prywatnej klinice, wyrwanych z łóżka specjalnie dla niej. Cigna opłaciła nawet poród Niny w prywatnej klinice. Oczywiście dzisiaj trudno już o taki pakiet ubezpieczeniowy i nie może go kupić (nawet jeśli ma kasę) przeciętny Kowalski, a powód jest prosty. Wystarczy zerknąć na faktury, jakie wystawiał Damian, czy Medicover Cignie po naszych przygodach. Noc w klinice Damiana to kilkanaście tysięcy, poród w Medicoverze kosztował Cignę ponad 20 tysięcy, podczas gdy moja siostra za tę samą usługę miesiąc później płaciła z własnej kieszeni już tylko 8 tysięcy. IMHO zwykłe oszustwo. Kiedy dołożyć do tego fakt, że poziom usług w prywatnych klinikach spada z miesiąca na miesiąc, człowiek zaczyna szukać innych rozwiązań. Ale o tym za chwilę.

W ostatni weekend Nina zaczęła nam chorować. Przeziębienie, zwykła rzecz u dwulatka na jesieni. Przyzwyczajony do tego, że nie muszę się fatygować do lekarza, dzwonię do Medicovera. Zazwyczaj mogłem sobie zamówić wizytę domową, albo przynajmniej skonsultować się z lekarzem przez telefon. Pozwalał na to abonament. Tym razem, pani na infolinii bardzo szybko wyprowadziła mnie z błędu. Nie mogłem z takiej możliwości skorzystać, bo moje dziecko nie gorączkuje. Fakt, że od kaszlu krztusi się i wymiotuje przez sen nie jest wystarczającym powodem. Za to mogę sobie poczatować z lekarzem jak się zaloguję na ich stronę. Myślę sobie, że pracuję w internetach i ogólnie ludzie fajne rzeczy robią to czemu nie taki Medicover, na pewno działa to całkiem fajnie.

Screen Shot #2

Tak, to było zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Pediatra nie jest dostępny przed godziną 16.00. Ponieważ chciałem się tylko dopytać jak doraźnie traktować Ninę zanim umówię ją na wizytę pomyślałem, że poczekam. Nie pali się. Mała w ciągu dnia nie kaszle aż tak bardzo, nie jest marudna, normalnie je. Jest OK. Po 16.00 loguję się jeszcze raz i widzę taki obrazek:

Screen Shot #3

W zasadzie najpierw pokazał się inny. Była na nim informacja, że przede mną są 4 osoby i że muszę poczekać 28 minut. Skoro czekałem cały dzień, poczekam jeszcze pół godziny. Odstawiłem kompa i poszedłem zaparzyć herbatę. Oczywiście w międzyczasie musiałem się połączyć ponownie, bo system się wylogował, zdarzyło się do kilka razy aż parę godzin później zobaczyłem obrazek powyżej. Pomyślałem, że “już witam się z gąską”. Wtem…

Screen Shot #1

i potem znowu…

Screen Shot #2

Była godzina 18. z kawałkiem, sobota, czyli zgodnie z informacją widoczną na powyższym obrazku lekarz powinien być dostępny ale nie był. Na tym etapie kurwica mnie strzeliła na tyle, że postanowiłem wylać swoje żale na buniu. Napisałem jak to zły, niedobry Medicover mnie potraktował i jak zwykle internety przyszły mi z pomocą. W gruncie rzeczy cieszę się, że tak wyszło, bo poznałem nowy fajny startup, który oferuje bardzo ciekawe rozwiązanie w takiej sytuacji, kiedy już prywatne kliniki niewiele się już dzisiaj różniące (przynajmniej przy abonamencie poniżej 1000zł za miesiąc) od NFZtu pokazują Ci poprzez swoje infolinie środkowy palec.

Dzięki tej całej mało przyjemnej, sprowadzającej mnie na ziemię sytuacji, poznałem telemedi.co. Okazało się, że jeden z moich znajomych, Paweł Sieczkiewicz (który przy okazji jest trenerem sztuk walki i parę razy dał mi w zęby, więc pewnie czuł się zobowiązany, żeby mi pomóc) wprowadza na rynek bardzo fają usługę, dzięki której za niewielką, w porównaniu do ceny wizyty w prywatnej klinice, opłatą można się skonsultować z lekarzem specjalistą przez internet. Bez wychodzenia z domu, bez obcowania z chorymi w szczycie sezonu chorobowego, bez czekania na wizytę nie wiadomo ile i jechania na drugi koniec miasta, bo oczywiście w tej najbliższej lokalizacji nie ma już miejsc (to znaczy są, ale już tylko dla klientów VIP z najwyższym abonamentem).

Paweł napisał do mnie od razu, żebym rano się z nim skontaktował. Lekarze mają dyżury od 10.00 i w ciągu kilku minut mnie z jakimś połączy. Rano napisał mi tylko, żebym wszedł na stronę i zrobił tak jak mnie poprowadzi system. I rzeczywiście, niemal jak za rączkę poprowadzony przez instrukcje na stronie już po kilku minutach czekałem na połączenie z Panią Doktor.

Screen Shot #4

Szybko wytłumaczyłem w czym rzecz, uzyskałem opinię specjalisty, wszystkie informacje jakich potrzebowałem no i oczywiście polecenie, żeby w razie pojawienia się gorączki umówić się na wizytę u pediatry. Niestety pewnych rzeczy, jak osłuchanie oskrzeli czy badanie ucha/gardła nie da się zrobić przez internet. Niemniej, z telemedi.co byłem bardzo zadowolony, bo wiedziałem niemal natychmiast co robić dalej. Nie musiałem sie martwić, że oto moje chore dziecko musi czekać na wizytę nie wiadomo ile, że nie wiem, czy może powinienem już podawać jakieś leki i walczyć z chorobą. Wiedziałem dokładnie co i kiedy robić i w jakiej sytuacji ewentualnie zacząć działać bardziej sprawnie.

Podsumowując nasze mało przyjemne weekendowe doświadczenie, warto poczytać o nowych ciekawych rozwiązaniach oferowanych przez naszą polską Krzemową Dolinę, np. tutaj: goo.gl/tZ77h4.

Jak na ironię w niedzielę w nocy u Niny pojawiła się wysoka gorączka więc i Medicover postanowił łaskawie przysłać nam do domu lekarza… Tym razem bardzo miła Pani na infolinii natychmiast udzieliła mi odpowiedniej pomocy, a kilka godzin później odwiedził nas ulubiony pediatra Niny z Medicovera. Przypadek? A może po prostu oni też już mają monitoring od Brand24? Mają, Michał?

Pierwsze zmiany i ważne decyzje. Najważniejsze jest zdrowie i święty spokój.

Umówmy się, nie każdego to interesuje. Niedługo zacznę pisać o innych rzeczach w innym miejscu, ale tutaj będzie o tatusiowaniu. Omijam moją listę tematów i postaram się odpowiedzieć (sobie) na pytanie, które pewnie niejednego nurtuje. Co się zmienia w życiu człowieka, faceta, kiedy zostaje ojcem?

Oczywiście zmienia się wiele i są to ciekawe zmiany. Zmienia się życie, zmienia się plan dnia, zmienia się podejście do wielu rzeczy i zmienia się charakter człowieka (tak myślę). Ale od początku. Ojcem zostajesz w momencie, kiedy dowiadujesz się, że będziesz miał dziecko. Dla jednych to jest dobra wiadomość, na którą czekali, dla innych jest to zaskoczenie. To zawsze powinna być dobra wiadomość. “Za małolata”, kiedy myślałem tylko o kolejnych baletach, mój dobry kumpel dowiedział się, że będzie miał dziecko. Było to dla niego zaskoczeniem, nie był na to przygotowany. Jednak przy wsparciu rodziny wziął to na klatę i większość takich jak ja gówniarzy (miałem wtedy naście lat) mocno zaskoczył. Dzisiaj wiem, że dobrze zrobił ale dopiero dzisiaj to rozumiem. Trzeba przez to przejść, żeby to zrozumieć. Przychodzi taki moment, a wtedy najlepiej jest usiąść i dobrze się zastanowić co dalej. Przy takim natłoku emocji szybkie decyzje to gwarancja porażki. Masz sporo czasu, żeby się przygotować. Dobrze go wykorzystaj.

Moja pierwsza reakcja była bardzo polska. Trzeźwiałem kilka dni. Zmiany, które przyszły niedługo później, były już bardzo pozytywne. To chyba normalne, że człowiek trochę mięknie, ale w pewnym sensie, wypełnia Cię duma. Oto masz okazję pokazać wszystkim dookoła, że jesteś gotów. Pamiętaj, że nie tylko ty się martwisz. Twoja rodzina czeka na Twoją reakcję. Masz szczęście. Dzięki polskiej kulturze rodzina będzie Cię wspierała, a nie wszędzie jest tak miodnie. Wykorzystaj najbliższe tygodnie na podjęcie ważnych życiowych decyzji. Zastanów się, czego będziesz potrzebował. O tym jeszcze napiszę, bo to dobry i ważny temat.

Na początku to Twoja druga połowa ma więcej zmartwień (potem z resztą nie ma łatwiej). Przeważnie musi zmienić dietę i tryb życia, znaleźć lekarza, zrobić badania, zadbać o formalności (np. kartę ciąży trzeba założyć do 10 tygodnia itp.). Przetrzep internet i daj jej kilka opcji. To bardzo pomoże. Ją też rozrywają emocje, a ty statystyczny tato, jesteś lepszy w znajdywaniu rozwiązań problemów z jakimi będziecie musieli sobie poradzić. Nie panikuj, zacznij szukać, przedstaw opcje i daj jej podjąć decyzje (no chyba, że podejmuje złe, to ciśnij ;). W moim przypadku moje drugie pół zupełnie zapomniało o alkoholu. Chwała jej za to i za to jak bardzo dbała o siebie w trakcie ciąży. Postępowała bardzo mądrze, a ja byłem z niej bardzo dumny. Nawet zaczęła jeść mięso. (BTW wegetarianki, żelazo, jest potrzebne Waszemu dziecku, przekonaliśmy się o tym w niezbyt przyjemny sposób słuchając interpretacji wyników badań w mało subtelnym wykonaniu. Oszczędźcie sobie takich sytuacji.) Jedyne, czym mnie wkurzała to swoim uzależnieniem od siłowni. Chodziła na siłkę nawet z całkiem sporym brzuchem. Jedni mówią, że to dobrze, inni, że niekoniecznie, ale jak się dziewcze uprze… przecież jej nie przywiążesz do kaloryfera. Dzisiaj nie jestem pewien, czy robiłem wystarczająco dużo, żeby ją wspierać. Na pewno czasem (może częściej niż czasem) uciekałem do kumpli korzystać póki mogę z tego, że nie muszę wstawać kilka razy w nocy i już od tamtej pory kilka razy o tym usłyszałem, ale pewnie dzisiaj robiłbym to samo. W końcu wszyscy dookoła mówią Ci GAME OVER.

Miałem tyle fartu, że moja żona pracowała w bardzo dobrej firmie i miała ubezpieczenie zdrowotne, o którym w przeciwnym razie moglibyśmy sobie pomarzyć. Dzięki temu wiem, że warto wykupić dobry abonament na usługi medyczne. Możesz to zrobić nawet w trakcie ciąży a potem skorzystać z rabatu na prywatny poród (warto, ale o tym zaraz). Są firmy, które oferują badania albo całe pakiety prowadzenia ciąży. Szczerze mówiąc, jeśli Was na to stać, nawet się nie zastanawiaj. Wiem, że wszyscy płacimy za publiczną opiekę medyczną, ale ja nie miałem zamiaru ryzykować zdrowia swojej żony i nienarodzonego dziecka, ani szargać sobie nerwów dyskusjami w poczekalniach. Niech sobie wezmą te cholerne składki i się nimi udławią a Ty zadbaj o siebie i swoją rodzinę sam. Nie będziesz żałował. Decyzję o porodzie w prywatnym szpitalu ułatwiła mi szkoła rodzenia, którą z resztą wszyscy polecali. Podobno szpital na Inflanckiej to najlepsza porodówka. Powiem tak, szkołę rodzenia na inflanckiej prowadzą piguły, których jedynym zmartwieniem jest ułatwienie sobie pracy. Nie zmienia to faktu, że dużo się tam dowiedziałem. To co można usłyszeć od osób, które rodziły w państwowych placówkach mrozi krew w żyłach. W szpitalu, który wybraliśmy traktowano nas jak należy, z dużym szacunkiem i zrozumieniem, byliśmy jedyną parą, która w tym czasie rodziła (tak, wiem, też mi to dziwnie brzmi, ale tak się mówi) i jestem przekonany, że nawet jeśli by tak nie było, bylibyśmy bardzo zadowoleni. Dodam jeszcze tylko, że w momencie, w którym miało dojść do porodu nie mieliśmy potwierdzonej promesy z polisy ubezpieczeniowej, którą wystawiła firma w Wielkiej Brytanii. Była sobota. Zlany zimnym potem latałem jak szalony, żeby wszystko pozałatwiać a lekarz powiedział prosto, Pan się nie przejmuje, ja tu mam sytuację awaryjną i jak będzie trzeba wykonam zabieg, papierki to nie moje zmartwienie. Teraz wyobraź sobie sytuację, gdy w państwowym szpitalu brakuje Wam jakiegoś papierka. Najważniejsze jest zdrowie i święty spokój…

Mijają miesiące, co raz bardziej nie możesz się doczekać. Ona tym bardziej, bo już ledwo chodzi, bolą ją plecy, nogi, wszystko. I przychodzi ten moment. Dopiero ten moment wszystko zmienia.

Mój mały człowiek. Urodziła się nie dalej niż pół godziny przed zrobieniem tego zdjęcia. Zostałem z nią w pokoju sam kiedy wydała z siebie pierwsze dźwięki. Nie płakała. Słuchała taty. Znała mój głos, bo przecież słyszała go wcześniej każdego dnia.

To jest mój skarb. Nina.
To jest mój skarb. Nina.

Po co tata się wziął za pisanie?

Długo się do tego zbierałem, bo Paulo Coehlo to ze mnie raczej nie będzie, ale jednak w mym szaleństwie jest metoda. O tatusiowym blogowaniu myślałem jeszcze zanim urodziła się moja córeczka, zanim przypadkiem i służbowo wkręciłem się na krzywy ryj na branżuniowy statek blogosfery i mediów społecznościowych. Chciałem przelać emocje na papier (ekran) i podzielić się z innymi przyszłymi ojcami (i matkami). Napisać, żeby się nie denerwowali, żeby się dobrze przygotowali i czekali na ten moment, który zdarzyć się może raz, dwa, może trzy w życiu przeciętnego europejczyka. Człowiek, który dowiaduje się, że będzie rodzicem (przynajmniej tak było w moim wypadku, ale chyba podobnie mieli moi znajomi) jest rozdzierany przez radość, miłość i poczucie niepewności o własny los, zdrowie swojej ciężarnej (choć jeszcze nie widać) żony i los swojego dziecka. Rozrywa go na pół pytanie, czy bardziej chciałby córkę, czy bardziej syna a potem miażdży myśl: “a co jeśli będą bliźniaki, a jak trojaczki to zbankrutuję”. Stało się. Będziesz ojcem! Weź się w garść! Pierwszy odruch (made in Poland), dawać mi tu jakąś flachę. Potem kac, ból głowy i setki myśli…

Wtedy przyszła pierwsza myśl o założeniu bloga. Żeby opowiedzieć wszystkim o tym, co czuję, o szarpiących mną emocjach, ale też o tym jak się przygotować do tacierzyństwa i jak być super tatą. Pomyślałem też, że jeśli się uda, jeśli ktoś to będzie czytał, to być może zbuduje się wokół tego jakaś społeczność. Taka psychologia tłumu.  Szukałem wsparcia byle gdzie, a w końcu rzeczy wymagające odwagi zawsze łatwiej robić w grupie. Teraz z perspektywy czasu (Nina ma już ponad rok) wiem, że te wszystkie emocje są dobre, że potrzebny jest dobry reset po którym z roztrzepanego gówniarza człowiek się zmienia (jeśli dobrze pójdzie) w dojrzałego ojca (czasem z dnia na dzień czasem nieco wolniej). Zdajesz sobie sprawę z tego, że jego każdy ruch w konsekwencji ma wpływ nie tylko na Ciebie, ale też na Twoją (o zgrozo!) rodzinę.

Tytuł tego posta wymyśliłem jeszcze kiedy moja druga połówka była w ciąży, z małym słodkim brzuchem, który w dorosłym chłopie (185cm, 100kg) wzbudzał takie emocje, że płakać mu się chciało, ze szczęścia oczywiście (naprawdę). Z listą tytułów wpisów na bloga w notatniku telefonu chodziłem przez rok. Pokazałem ją paru osobom, próbowałem ją skonsultować z blogerami-gwiazdorami, ale po tym jak mnie kiedyś Kominek olał na jakiś czas dałem sobie spokój (Tomek, rozumiem, groupies są ważniejsze niż jakiś tam wannabe bloger ;). Już wtedy w pracy zajmowałem się mediami społecznościowymi, marketingiem internetowym i zacząłem się interesować blogosferą. Przyszedł moment, w którym formalnie mogłem objąć takie stanowisko. Ze specjalisty ds. marketingu programów międzynarodowych na uczelni dobrowolnie przeszedłem na stanowisko specjalisty ds. nowych mediów. Z punktu widzenia osobistej marki był to wtedy trochę strzał w stopę, ale liczyłem na to, że nauczę się więcej o marketingu w sieci, o blogerach, o socjalu i o społecznościach. Wtedy jeszcze chodził mi po głowie temat mojej pracy magisterskiej, czyli jak budować zaangażowanie (takie na żywo) studentów w życie i działalność uczelni. Polskie uczelnie mają z tym duży problem. To właśnie ten temat leży u źródła mojego zainteresowania mediami społecznościowymi. W tamtym czasie kilku znajomych pisało, niektórzy z fajnymi wynikami, no i moje zainteresowanie wolnością słowa i zgorszenie wywołane padającymi na pysk przed wielką kasą i władzą mediami tradycyjnymi, przypomniały mi w pewnym momencie o mojej liście artykułów.
Niestety piękni, młodzi, niewyspani jeśli mają wolne 10 minut wolą drzemkę od nauki wordpressa, więc premiera mojego bloga musiała jeszcze poczekać.

W końcu, po wielu miesiącach przemyśleń i rozważań, kilku konsultacjach z mędrcami blogosfery i przyspieszonym kursie WP (click, click, click: done!) jestem i mam nadzieję, że na jakiś czas zostanę. Dopracuję w końcu ten cholerny layout i nawet dołożę dodatkowe sekcje, choć wiele osób mnie przed tym przestrzega, bo blogi to podobno strata czasu ;).  Zachęcam Was do czytania i komentowania moich wpisów, nie tylko jeśli macie albo planujecie mieć dzieci. Będę pisał o wszystkim tym co lubię i co mnie drażni. Podobno mój punkt widzenia jest przeważnie inny niż ogółu. Lubię bronić swojego zdania. Jeśli się mylę, wytłumaczcie mi dla czego. Jeśli czegoś nie widzę, otwórzcie mi oczy. Przede wszystkim, uczcie się na moich błędach jeśli macie ochotę, albo popełniajcie własne tak jak ja bym to zrobił.

Rodzi się BLOG 🙂