Category Archives: Tacierzyństwo

Z małym człowiekiem trudna rozmowa o umieraniu

Chyba większość z nas dorosłych stara się o tym nie myśleć. Dla jednych to bolesne wspomnienia bliskich, dla drugich zwyczajnie strach przed tym co to będzie, jak już się postanowimy katapultować. Sam raczej się nad tym wolę nie zastanawiać. Pewnie jak wiele osób żyję raczej z dnia na dzień i staram się korzystać z tego co mi życie przyniesie. Cieszę się każdą chwilą spędzoną z rodziną, z córą.

Jakiś czas temu to właśnie mój mały człowiek przypomniał mi dobitnie, że życie to stan mocno przejściowy, a dzisiaj odświeżył to wspomnienie jeden z ojców na facebookowej grupie. Który zastanawiał się jak powiedzieć swoim maluchom, że ich babcia, jego mama, właśnie odeszła. Paweł, jeśli to czytasz, przyjmij wyrazy współczucia. Bądź silny i powiedz swoim dzieciom prawdę. Zrozumieją i zrobią wszystko, żeby wesprzeć Cię w trudnej sytuacji. Jestem tego pewien.

Moja córa ma jedną babcię. Odkąd była malutka jeździliśmy z nią odwiedzać drugą babcię na cmentarzu i raczej bez ściemniania staraliśmy się jej mówić prawdę na temat tych wypraw, ewentualnie delikatnie owiniętą w aniołki. Te krótkie spacery musiały jej się mocno w głowie zakorzenić, bo któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie, zaczęła rozmowę na ten temat, która dla mnie okazała się nie lada wyzwaniem.

Tatusiu, a czy jeśli umrzesz, to już na zawsze?

Tak się złożyło, że byliśmy sami, ja i ona, w trakcie wieczornej toalety. Mama miała jakieś wyjście służbowe, czy coś. Bawiąc się w wannie (wtedy koło 4l) jak gdyby nigdy nic mój ciekawski mały człowiek zaczął zadawać trudne pytania. Czy ona będzie zawsze, czy ja będę, czy jeśli umrę, to na zawsze, a czy jak ona umrze, to zamieni się w kamień (bo grób z kamienia), ona nie chce być sama i że mama i tata muszą być zawsze przy niej. Dużo trudnych pytań a na koniec podkówka i płacz. Tak jakby tego wieczoru siedząc w wannie właśnie zdała sobie sprawę, że życie nie jest wieczne.

Nie unikam rozmów z dzieckiem, choćby nie wiem jak trudne były jej pytania odpowiadam, mówię prawdę starając się przy tym, żeby moje słowa było możliwie najbardziej zrozumiale. Nie wymyślam bajek, raczej podaję przykłady. Ale tego wieczoru poczułem jak mnie ściska w gardle, zamarłem. Musiałem się szybko otrząsnąć, bo oto przede mną mały płaczący golas trząsł się z zimna w wannie. Szybko się ogarnęliśmy, przytuliłem człowieka i zaczęliśmy usypianie.

W jakimś przebłysku zacząłem jej opowiadać, że każdy kiedyś odejdzie, ale akurat ona jest jeszcze malutka i że powinna się skupić na życiu, bo jeszcze wiele lat go ma przed sobą i oby jak najdłużej z rodzicami i że powinna teraz się skupiać na szukaniu takich rzeczy, które sprawiają jej przyjemność i szukaniu swoich pasji, żeby wiedzieć co w życiu robić. Na koniec usłyszałem “tatusiu ja wiem co chce robić, ja chcę śpiewać” i zasnęła.

Poryczałem się jak dzieciak. Następne kilka dni spędziłem na szukaniu lekcji śpiewu dla dzieci. Obiecałem sobie wtedy, że w końcu zacznę o siebie dbać, zgubię brzuch, popracuję nad kondycją, zmienię złe przyzwyczajenia, żeby nie zostawić mojego malucha samego zbyt wcześnie.

Śmierć to ciężki temat, dla mnie chyba równie ciężki co dla dziecka. Gdybym miał komuś poradzić na własnym przykładzie, to powiedziałbym, żeby małemu człowiekowi zawsze mówić prawdę i zawsze odpowiadać nawet na najtrudniejsze pytania. Te rozmowy czasem podążają w zupełnie niespodziewanych kierunkach, dlatgeo warto.

Tak w ogóle, dobrze się składa, że ta sytuacja wraca na początku roku, kiedy wiele się znowu zmienia i jest czas na nowe postanowienia. Warto pamiętać po co tu jestem.

#dlamojegoskarba

Advertisements

Pierwsze zmiany i ważne decyzje. Najważniejsze jest zdrowie i święty spokój.

Umówmy się, nie każdego to interesuje. Niedługo zacznę pisać o innych rzeczach w innym miejscu, ale tutaj będzie o tatusiowaniu. Omijam moją listę tematów i postaram się odpowiedzieć (sobie) na pytanie, które pewnie niejednego nurtuje. Co się zmienia w życiu człowieka, faceta, kiedy zostaje ojcem?

Oczywiście zmienia się wiele i są to ciekawe zmiany. Zmienia się życie, zmienia się plan dnia, zmienia się podejście do wielu rzeczy i zmienia się charakter człowieka (tak myślę). Ale od początku. Ojcem zostajesz w momencie, kiedy dowiadujesz się, że będziesz miał dziecko. Dla jednych to jest dobra wiadomość, na którą czekali, dla innych jest to zaskoczenie. To zawsze powinna być dobra wiadomość. “Za małolata”, kiedy myślałem tylko o kolejnych baletach, mój dobry kumpel dowiedział się, że będzie miał dziecko. Było to dla niego zaskoczeniem, nie był na to przygotowany. Jednak przy wsparciu rodziny wziął to na klatę i większość takich jak ja gówniarzy (miałem wtedy naście lat) mocno zaskoczył. Dzisiaj wiem, że dobrze zrobił ale dopiero dzisiaj to rozumiem. Trzeba przez to przejść, żeby to zrozumieć. Przychodzi taki moment, a wtedy najlepiej jest usiąść i dobrze się zastanowić co dalej. Przy takim natłoku emocji szybkie decyzje to gwarancja porażki. Masz sporo czasu, żeby się przygotować. Dobrze go wykorzystaj.

Moja pierwsza reakcja była bardzo polska. Trzeźwiałem kilka dni. Zmiany, które przyszły niedługo później, były już bardzo pozytywne. To chyba normalne, że człowiek trochę mięknie, ale w pewnym sensie, wypełnia Cię duma. Oto masz okazję pokazać wszystkim dookoła, że jesteś gotów. Pamiętaj, że nie tylko ty się martwisz. Twoja rodzina czeka na Twoją reakcję. Masz szczęście. Dzięki polskiej kulturze rodzina będzie Cię wspierała, a nie wszędzie jest tak miodnie. Wykorzystaj najbliższe tygodnie na podjęcie ważnych życiowych decyzji. Zastanów się, czego będziesz potrzebował. O tym jeszcze napiszę, bo to dobry i ważny temat.

Na początku to Twoja druga połowa ma więcej zmartwień (potem z resztą nie ma łatwiej). Przeważnie musi zmienić dietę i tryb życia, znaleźć lekarza, zrobić badania, zadbać o formalności (np. kartę ciąży trzeba założyć do 10 tygodnia itp.). Przetrzep internet i daj jej kilka opcji. To bardzo pomoże. Ją też rozrywają emocje, a ty statystyczny tato, jesteś lepszy w znajdywaniu rozwiązań problemów z jakimi będziecie musieli sobie poradzić. Nie panikuj, zacznij szukać, przedstaw opcje i daj jej podjąć decyzje (no chyba, że podejmuje złe, to ciśnij ;). W moim przypadku moje drugie pół zupełnie zapomniało o alkoholu. Chwała jej za to i za to jak bardzo dbała o siebie w trakcie ciąży. Postępowała bardzo mądrze, a ja byłem z niej bardzo dumny. Nawet zaczęła jeść mięso. (BTW wegetarianki, żelazo, jest potrzebne Waszemu dziecku, przekonaliśmy się o tym w niezbyt przyjemny sposób słuchając interpretacji wyników badań w mało subtelnym wykonaniu. Oszczędźcie sobie takich sytuacji.) Jedyne, czym mnie wkurzała to swoim uzależnieniem od siłowni. Chodziła na siłkę nawet z całkiem sporym brzuchem. Jedni mówią, że to dobrze, inni, że niekoniecznie, ale jak się dziewcze uprze… przecież jej nie przywiążesz do kaloryfera. Dzisiaj nie jestem pewien, czy robiłem wystarczająco dużo, żeby ją wspierać. Na pewno czasem (może częściej niż czasem) uciekałem do kumpli korzystać póki mogę z tego, że nie muszę wstawać kilka razy w nocy i już od tamtej pory kilka razy o tym usłyszałem, ale pewnie dzisiaj robiłbym to samo. W końcu wszyscy dookoła mówią Ci GAME OVER.

Miałem tyle fartu, że moja żona pracowała w bardzo dobrej firmie i miała ubezpieczenie zdrowotne, o którym w przeciwnym razie moglibyśmy sobie pomarzyć. Dzięki temu wiem, że warto wykupić dobry abonament na usługi medyczne. Możesz to zrobić nawet w trakcie ciąży a potem skorzystać z rabatu na prywatny poród (warto, ale o tym zaraz). Są firmy, które oferują badania albo całe pakiety prowadzenia ciąży. Szczerze mówiąc, jeśli Was na to stać, nawet się nie zastanawiaj. Wiem, że wszyscy płacimy za publiczną opiekę medyczną, ale ja nie miałem zamiaru ryzykować zdrowia swojej żony i nienarodzonego dziecka, ani szargać sobie nerwów dyskusjami w poczekalniach. Niech sobie wezmą te cholerne składki i się nimi udławią a Ty zadbaj o siebie i swoją rodzinę sam. Nie będziesz żałował. Decyzję o porodzie w prywatnym szpitalu ułatwiła mi szkoła rodzenia, którą z resztą wszyscy polecali. Podobno szpital na Inflanckiej to najlepsza porodówka. Powiem tak, szkołę rodzenia na inflanckiej prowadzą piguły, których jedynym zmartwieniem jest ułatwienie sobie pracy. Nie zmienia to faktu, że dużo się tam dowiedziałem. To co można usłyszeć od osób, które rodziły w państwowych placówkach mrozi krew w żyłach. W szpitalu, który wybraliśmy traktowano nas jak należy, z dużym szacunkiem i zrozumieniem, byliśmy jedyną parą, która w tym czasie rodziła (tak, wiem, też mi to dziwnie brzmi, ale tak się mówi) i jestem przekonany, że nawet jeśli by tak nie było, bylibyśmy bardzo zadowoleni. Dodam jeszcze tylko, że w momencie, w którym miało dojść do porodu nie mieliśmy potwierdzonej promesy z polisy ubezpieczeniowej, którą wystawiła firma w Wielkiej Brytanii. Była sobota. Zlany zimnym potem latałem jak szalony, żeby wszystko pozałatwiać a lekarz powiedział prosto, Pan się nie przejmuje, ja tu mam sytuację awaryjną i jak będzie trzeba wykonam zabieg, papierki to nie moje zmartwienie. Teraz wyobraź sobie sytuację, gdy w państwowym szpitalu brakuje Wam jakiegoś papierka. Najważniejsze jest zdrowie i święty spokój…

Mijają miesiące, co raz bardziej nie możesz się doczekać. Ona tym bardziej, bo już ledwo chodzi, bolą ją plecy, nogi, wszystko. I przychodzi ten moment. Dopiero ten moment wszystko zmienia.

Mój mały człowiek. Urodziła się nie dalej niż pół godziny przed zrobieniem tego zdjęcia. Zostałem z nią w pokoju sam kiedy wydała z siebie pierwsze dźwięki. Nie płakała. Słuchała taty. Znała mój głos, bo przecież słyszała go wcześniej każdego dnia.

To jest mój skarb. Nina.
To jest mój skarb. Nina.

Po co tata się wziął za pisanie?

Długo się do tego zbierałem, bo Paulo Coehlo to ze mnie raczej nie będzie, ale jednak w mym szaleństwie jest metoda. O tatusiowym blogowaniu myślałem jeszcze zanim urodziła się moja córeczka, zanim przypadkiem i służbowo wkręciłem się na krzywy ryj na branżuniowy statek blogosfery i mediów społecznościowych. Chciałem przelać emocje na papier (ekran) i podzielić się z innymi przyszłymi ojcami (i matkami). Napisać, żeby się nie denerwowali, żeby się dobrze przygotowali i czekali na ten moment, który zdarzyć się może raz, dwa, może trzy w życiu przeciętnego europejczyka. Człowiek, który dowiaduje się, że będzie rodzicem (przynajmniej tak było w moim wypadku, ale chyba podobnie mieli moi znajomi) jest rozdzierany przez radość, miłość i poczucie niepewności o własny los, zdrowie swojej ciężarnej (choć jeszcze nie widać) żony i los swojego dziecka. Rozrywa go na pół pytanie, czy bardziej chciałby córkę, czy bardziej syna a potem miażdży myśl: “a co jeśli będą bliźniaki, a jak trojaczki to zbankrutuję”. Stało się. Będziesz ojcem! Weź się w garść! Pierwszy odruch (made in Poland), dawać mi tu jakąś flachę. Potem kac, ból głowy i setki myśli…

Wtedy przyszła pierwsza myśl o założeniu bloga. Żeby opowiedzieć wszystkim o tym, co czuję, o szarpiących mną emocjach, ale też o tym jak się przygotować do tacierzyństwa i jak być super tatą. Pomyślałem też, że jeśli się uda, jeśli ktoś to będzie czytał, to być może zbuduje się wokół tego jakaś społeczność. Taka psychologia tłumu.  Szukałem wsparcia byle gdzie, a w końcu rzeczy wymagające odwagi zawsze łatwiej robić w grupie. Teraz z perspektywy czasu (Nina ma już ponad rok) wiem, że te wszystkie emocje są dobre, że potrzebny jest dobry reset po którym z roztrzepanego gówniarza człowiek się zmienia (jeśli dobrze pójdzie) w dojrzałego ojca (czasem z dnia na dzień czasem nieco wolniej). Zdajesz sobie sprawę z tego, że jego każdy ruch w konsekwencji ma wpływ nie tylko na Ciebie, ale też na Twoją (o zgrozo!) rodzinę.

Tytuł tego posta wymyśliłem jeszcze kiedy moja druga połówka była w ciąży, z małym słodkim brzuchem, który w dorosłym chłopie (185cm, 100kg) wzbudzał takie emocje, że płakać mu się chciało, ze szczęścia oczywiście (naprawdę). Z listą tytułów wpisów na bloga w notatniku telefonu chodziłem przez rok. Pokazałem ją paru osobom, próbowałem ją skonsultować z blogerami-gwiazdorami, ale po tym jak mnie kiedyś Kominek olał na jakiś czas dałem sobie spokój (Tomek, rozumiem, groupies są ważniejsze niż jakiś tam wannabe bloger ;). Już wtedy w pracy zajmowałem się mediami społecznościowymi, marketingiem internetowym i zacząłem się interesować blogosferą. Przyszedł moment, w którym formalnie mogłem objąć takie stanowisko. Ze specjalisty ds. marketingu programów międzynarodowych na uczelni dobrowolnie przeszedłem na stanowisko specjalisty ds. nowych mediów. Z punktu widzenia osobistej marki był to wtedy trochę strzał w stopę, ale liczyłem na to, że nauczę się więcej o marketingu w sieci, o blogerach, o socjalu i o społecznościach. Wtedy jeszcze chodził mi po głowie temat mojej pracy magisterskiej, czyli jak budować zaangażowanie (takie na żywo) studentów w życie i działalność uczelni. Polskie uczelnie mają z tym duży problem. To właśnie ten temat leży u źródła mojego zainteresowania mediami społecznościowymi. W tamtym czasie kilku znajomych pisało, niektórzy z fajnymi wynikami, no i moje zainteresowanie wolnością słowa i zgorszenie wywołane padającymi na pysk przed wielką kasą i władzą mediami tradycyjnymi, przypomniały mi w pewnym momencie o mojej liście artykułów.
Niestety piękni, młodzi, niewyspani jeśli mają wolne 10 minut wolą drzemkę od nauki wordpressa, więc premiera mojego bloga musiała jeszcze poczekać.

W końcu, po wielu miesiącach przemyśleń i rozważań, kilku konsultacjach z mędrcami blogosfery i przyspieszonym kursie WP (click, click, click: done!) jestem i mam nadzieję, że na jakiś czas zostanę. Dopracuję w końcu ten cholerny layout i nawet dołożę dodatkowe sekcje, choć wiele osób mnie przed tym przestrzega, bo blogi to podobno strata czasu ;).  Zachęcam Was do czytania i komentowania moich wpisów, nie tylko jeśli macie albo planujecie mieć dzieci. Będę pisał o wszystkim tym co lubię i co mnie drażni. Podobno mój punkt widzenia jest przeważnie inny niż ogółu. Lubię bronić swojego zdania. Jeśli się mylę, wytłumaczcie mi dla czego. Jeśli czegoś nie widzę, otwórzcie mi oczy. Przede wszystkim, uczcie się na moich błędach jeśli macie ochotę, albo popełniajcie własne tak jak ja bym to zrobił.

Rodzi się BLOG 🙂